Film to prawie współczesna baśń o wierze i jej mocy. Doskonały na lekcję religii, na której ksiądz chce kupić sobie trochę spokoju bez zbędnego wysilania się. Z poprawką, że widzami będą uczniowie odpowiednio młodzi.
Remake starego serialu, jakiego nie obejrzałem. Bazuje na prostym pomyśle: oto na Ziemie przybywają w pokoju
kosmici, rozdają prezenty, ale oczywiście wcale nie w głowach współżycie z ludźmi. Mało tego, ich ukazanie się, to tylko część większego planu, konsekwentnie realizowanego przez ukrytych jakiś czas temu na Błękitnej Planecie obcych.
Jeśli ktoś lubi się bać, to jest do dobry film na ostatnie fale upałów jakie nawiedziły nasz nadwiślański kraj - przyznacie chyba, że trochę pasuje, brakuje tylko zakłóceń telekomunikacyjnych. Ale od początku.
Opisywałem już tutaj poprzednią książkę tego autora. Dziś nieco o jej sequelu. Ale zanim przystąpię do rozebrania tej powieści fantasy na czynniki pomniejsze, wbrew mądrości ludowej, zwrócę uwagę na okładkę. Podobnie jak poprzedniczka i ta jest przepełniona hasłami reklamowymi oraz zapewnieniami, że fabuła jest mroczna
i powiązana jest z bestsellerowym uniwersum gry
o wiadomym tytule.
Kiedy omijałem kamerę, przed którą wywiadu udzielała jakaś nie znana mi osoba, wpadłem wprost na Roznoszącego. Ów posiadał aparycję bramkarza z nocnego klubu, więc bez gadania wziąłem oferowaną mi "ulotkę". Jak się okazało, dostała mi się mała książeczka pt. "Zgoda buduje". Tak, zgadza się - to reklama wyborcza Bronisława Komorowskiego.